środa, 22 czerwca 2011

Racibórz, Racibórz...

Co pierwsze uderzyło? Znak ślepej uliczki.
Tak, tak... wszystkie znaki prowadziły nas w pułapkę. I te namalowane na deskach, rozmieszczonych w strategicznych miejscach miasta, i te w nawigacji, którą przezornie wzięliśmy ze sobą.
Co uderzyło drugie? Cisza.
No, nie licząc miarowego stukania młotków, którymi zbijano palisady dla obozów: wczesnego i późnego. W zależności od odtwarzanych wieków, oczywiście. Powoli tworzono też trebusze pomocne w późniejszej inscenizacji.
Nie zajęło nam dużo czasu, żeby się zadomowić, czyli rozstawić namiot, zrobić miejsce na ognisko i rozeznać się w sytuacji. Noc nadeszła z wolna, ale i tak nas lekko zaskoczyła. Nie bardziej od prośby, byśmy wystawili warty przez pierwszą część nocy. I tak, dwójkami, patrolowaliśmy teren obozu dla późnych, bo wcześni sami mieli sobie warty zorganizować, ale oni woleli spędzić ten czas na zabawie, piciu i wrzaskach. Aż policję wzywał któryś z mieszkańców stojących nieopodal domów.
Ranek powitał nas słonecznie i błękitnie. Przy okazji też powitał nas organizator pytaniem, czy na naszej warcie nic niepokojącego się nie działo? U nas nic... za to później w nocy zwinęli chorągiew jednej z grup. No przecież miały być podjazdy, czyż nie?
Słońce nie opuszczało nas ani na chwilę. Kto się nie posmarował kremem z filtrem, ten wie, jak mocno paliło. A niby burze miały grzmieć, a deszcze lać i wiatr miał hulać ile wlezie. A tu nic z tych rzeczy: cisza, spokój, gorąc...
W takim to piekiełku przyszło się zmagać wojownikom, rycerzom, pachołkom i damom. No co? Że te ostatnie nie powinny, bo nie przystoi? Bieg po sukno jest dobrym rozwiązaniem dla pełnych wigoru panien i pań, które mają niewiele okazji podczas turniejów, żeby się wykazać na innym polu niż przy garach.
Tak, tak... zaraz odezwą się głosy, że przecież tak być powinno, bo w końcu to średniowiecze odtwarzamy, więc nie powinno się protestować, bo baba przy garach, to normalna rzecz. No ale... my tylko odtwarzamy...
Poruszenie wśród uczestników i widowni wywołał jeden z wojów wczesnych, cały zakutany w dzicze skóry: z nich miał zrobiony hełm, napierśnik, rękawice, nawet tarczę miał obitą dziczą skórą. Ot, ewenement... muszę przyznać, iż uwagę przykuwał. I to niemałą. Jak się we walkach sprawował, tego nie powiem, bo i na walkach się nie znam, a i szczególnie przebiegu turnieju nie śledziłam.
Turniej łuczniczy przyciągnął Geralta, który swych sił spróbować postanowił. Twierdzi, iż bawił się świetnie, przy torze było okrutnie wesoło, czego nawet dwa "pomrukniki" nie zmąciły. Zajął piąte miejsce, bowiem jeno dwa punkty zabrakły, by móc wejść do finałów.
Gdy po formalnym powitaniu ruszono na bramy, broniące dostępu do wioski wczesnych, ludzie jakby się nieco rozruszali. Aż ciężko było im skończyć ten pozorowany najazd. A musieli. Bo - jakby na to nie patrząc - umocnienia miały pozostać nietknięte aż do walnej bitwy wieczorem.
Tuż przed bitwą miała się odbyć musztra... coś jednak stanęło większości wojów i rycerzy na przeszkodzie (najpewniej był to czas poświęcony na ubieranie się w całe żelastwo, jakie ze sobą na tę okoliczność przytargali) i manewrów nikt nie widział. Za to bitwa była że ho ho!
Łucznicy zasypywali obrońców pacynami, trebusze nie próżnowały, wystrzeliwując raz po raz w stronę murów pociski, a zbrojni zrobili dobry pożytek ze swej broni i przełamali obronę bez użycia tarana. Na cóż taki kloc drewna, kiedy ramiona silniejsze? A i zabawa lepsza?
Z dość nietypowych sytuacji, które miały miejsce podczas bitwy można wymienić:
- atak jednego z trebuszy odniósł dobry skutek i jeden z obrońców stojących na wieży zalała... woda, bowiem pociskami w tej machinie były balony wypełnione rzeczonym płynem;
- wielkie niczym moje dłonie płaty sadzy ze spalonej "wioski" pokonały cały plac, jaki był przeznaczony na obóz i osiadły wśród namiotów przy drodze. Niczego nie podpaliły. Na szczęście.
Oczywiście mimo przedarcia się do wioski, wojownicy ani myśleli skończyć bitwę. Tak się rozochocili, iż zniknąwszy całkowicie z oczu zawiedzionej widowni, resztę pojedynków i walk grupowych rozegrano na terenie obozu wczesnych, za bramami.
Na pocieszenie, a raczej dla wyrzucenia z siebie całej energii, na placu, gdzie za dnia toczyły się pojedynki, zaimprowizowano melee. Ku uciesze gawiedzi - oczywiście.
Gdy już wszystkim opadł poziom adrenaliny, opadły też zbroje, zastępując je bardziej wytwornymi elementami odzieży, gdy miecze "przekuto" na widelce i noże, rozpoczęła się uczta. Jakież tam podano frykasy! A to golonkę cudnie przyprawioną, a to pierogi z kapustą bądź ziemniakami rozpływające się w ustach, a to kurczęcia o niebiańskich walorach smakowych. Nie zabrakło też przedniego piwa, które wesoło pieniło się w kuflach.
Uczta ciągnęła się długo w noc. Można pokusić się o stwierdzenie, że dociągnęła do świtu. O dziwo mniej było głośnych "śpiewów", niż poprzedniej nocy.
Rano obóz był jak wymarły. Tu i tam zdarzyło się zobaczyć jegomościa snującego się z wolna w stronę latryny. Ogniska wygasły. Słychać było tylko śpiew ptaków i pochrapywanie śpiących. Zatem to idealny moment na popis umiejętności puszkarskich, czyż nie?
Geralt i Przemo pochwycili raźno swoje puszki oraz torby prochowe i cichcem-chyłkiem udali się w pobliże stanowisk "wroga". Nie zachowywali się już cicho, gdy przyszło do nabijania luf, jednak to nie wzbudziło ani niepokoju, ani zainteesowania w obozie wczesnych. Dopiero odpalenie lontu spowodowało pewne niemrawe poruszenie wśród dwu zaspanych wartowników. Nawet nie zdążyli ust otworzyć, czy choć palcem wskazać zagrożenia, gdy poranne powietrze przeszyły dwa wystrzały. Jeszcze te nie ucichły, niosąc się echem po polach i wśród drzew, kiedy zgodnym, pięknym chórem rozbrzmiał cały wczesny obóz, "nucąc" pełne przesłania, emocji i wątpliwej radości słowo (proszę o wybaczenie dosłownego zacytowania): "Kuuuuurwaaaaaaa...."
Tak oto doprowadziliśmy do porannego zjednoczenia wojów.

Dzień drugi minął bardzo spokojnie na finałach turniejów wszelakich. Przy okazji można było pooglądać sobie psy ras wszelakich, któych właściciele szukając zapewne miejsca odosobnienia dla swoich pupilów trafili na łąkę, ale nieco zabudowaną. Skąd tyle psów? A z wystawy psów rasowych, która odbywała się nieopodal.
Gdy rozdano nagrody, obóz średniowieczny zaczął zanikać, zamierać, wyparowywać...
Taka już kolej rzeczy, iż wszystko, co dobre, za szybko się kończy...

Fotografie już w krótce w galerii...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz