V Turniej o Szarfę Pani Jeziora można uznać za zaliczony i udany. Jak zwykle.
Było nas tylko dwoje przedstawicieli: Sarenzir i moja skromna osoba - tatsu. Szkoda, że nie mogło być nas więcej, ale losy tak się plotą, że niekiedy nie da się przeskoczyć pewnych przeciwności Losu.
Zapowiadano okropną pogodę - nawałnice, tornada, w ogóle - koniec świata, taki prawdziwy. A tu tylko nieco popadało i przestało. Nawet nasz "Grzybek" nie zdążył przepuścić wody przez niezaimpregowany dach. No i deszcz wcale to, a wcale nie przeszkodził w zmaganiach bohurtowych, mających miejsce na polu pod zamkiem. W sumie, to on w niczym nie przeszkodził. Nawet turystom.
Najemna, jak zwykle zainstalowała się na zamku. Od samego początku jest tam zaklepane dla nas miejsce (ma się te znajomości :P). Rozstawiamy się zatem z dala od chłodu i wilgoci, ciągnącej od fosy, osłonięci od wiatru możemy rozkoszować się cudnym spokojem płynącym z murów ruin zamku.
Nocami, przy wspólnym ognisku w gwieździste niebo strzelały iskry i wznosiła się pieśń. Średniowieczna głównie. Przynajmniej w naszym obozie. Z tego, co widziałam i słyszałam, u "Węgrów" raczej królowały szanty... ale to dziki naród jest :P
W tym roku, pomiędzy obozami Organizatorzy umyślili zrobić zawody w różnych dziedzinach: od turnieju pieszego na moście, przez turniej łuczniczy, po przeciąganie liny i turniej bardów. Walki na buzdygany nie zobaczyliśmy i nasza wojowniczka zwyciężyła walkowerem. Żadna z białogłów z "węgierskiego" obozu nie podniosła rękawicy.
Można było też posłuchać opowieści i legend prawionych przez Bajarkę. Dziewczyna ma wspaniały dar opowiadania - nawet rozbiegane i rozbawione dzieci usiadły, by jej posłuchać w ciszy i spokoju. No i historii nosi w głowie tyle, że aż niepodobna.
Dni płynęły szybko. Nagle już szykowano się do bitwy, za chwilę bitwa minęła w huku wystrzałów z hakownic i bombard, pod gradem strzał (dokładnie to pacynek, ale... ) i w szczęku broni. Zamek - o ile dobrze zrozumiałam z ogólnego zamieszania - został zdobyty podstępem i zdradą. Z załogi wszyscy zginęli...
Ale na szczęście ożyli na czas uczty.
A uczta - jak zawsze - pełna jadła wybornego, zabaw, śmiechów i dokazywań. Oczywiście nie zabrakło rozdania nagród za wszeklie turnieje - bojowe, łucznicze i... bardów.
Zaskoczeniem wielkim było wtedy usłyszenie własnego miana. Wszak nie miałam najlepszego występu. Byli lepsi, lepiej przygotowani, z lepszym repertuarem...
I tak oto powróciłam z nagrodą.
Za rok powrócimy większą grupą i wtedy dopiero się zacznie. To możemy obiecać.
Zdjęcia z Turnieju dostępne są w naszym albumie pod adresem: https://picasaweb.google.com/najemna.nkgk/Miedzyrzecz2326062011#
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz