Najemna Kompania Grodu Koźle
wtorek, 27 maja 2014
Nowy adres bloga
wtorek, 19 lipca 2011
Jak jest na Grunwaldzie? A co cię to obchodzi?!
Dzień 1 (sobota)
Wyjechaliśmy później niż planowaliśmy. Trochę długo zeszło nam pakowanie wszystkich naszych gratów do wypożyczonego VW T4. Ale wyjechaliśmy.
Podróż przebiegała spokojnie, bez większych problemów. Do czasu.
GPS, którym się posługiwaliśmy skierował nas w... las. Gdyby nie to, że początkowo droga zapowiadała się całkiem, całkiem, pewnie nie skręcilibyśmy zgodnie z zaleceniami urządzenia. I tak dość dobra, asfaltowa droga zmieniła się w pełną dziur leśną, ledwo utwardzoną dróżkę. Przedzieraliśmy się pomiędzy gałęziami, omijając ziejące w nawierzchni dziury, napełnione budną deszczówką. Widoki były cudne: co chwilę drogę przecinali leśni mieszkańcy, a to sójka, czy kos, raz nawet chyba przebiegła kuna. Albo kot. Kij to wie. Soczysta zieleń otaczała busa, oblepiała go. Dosłownie. Gałęzie były tak blisko, że szorowały po karoserii.
Wciąż mieliśmy nadzieję, że za następnym zakrętem czeka na nas wreszcie normalna, szeroka droga, przeznaczona dla samochodów, a nie rowerów i zwierząt. Jakimż zaskoczeniem był dla nas kolejny komunikat GPSu, który kazał skręcić w prawo. Niby nic dziwnego, prawda? Jednak to "prawo" prowadziło w typowo leśną drogę, zaznaczoną tylko dwoma pasami wyjeżdżonymi kołami pojazdów leśników. Zgodnie wyśmialiśmy pomysł urządzenia i przedarłszy się przez jako tako utwardzony trakt, wyjechaliśmy wreszcie na coś, co można było nazwać drogą. Co powitaliśmy zgodnym chórem: "Huurrra! Cywilizacja!".
Jeszcze nie raz próbował nas ten GPS wmanewrować w takie dróżki, ale nie daliśmy się ponownie zrobić w konia.
Kiedy już "przesiedliśmy się" na szerokie, dwupasmowe drogi, podróż przebiegała szybko, miło i bez przeszkód.
By odpocząć i rozprostować kości, zatrzymaliśmy się w restauracji urządzonej w starym samolocie typu Iłł-8. Mieliśmy możliwość posłuchania, jak człowiek nieznający zupełnie języków obcych przyjmował zamówienie od grupy Niemców, którzy usiedli przy stole obok. Było wesoło. Zwłaszcza, gdy przyjmujący zamówienie próbował żartować. Oczywiście po polsku. Używając żartów opartych na słownych skojarzeniach. No cóż, każdy orze, jak może...
Po przekąszeniu lekkiego posiłku i wypiciu herbaty, ruszyliśmy w dalszą drogę. Miasta, miasteczka, wioski, drzewa, pola przepływały płynnie za oknami samochodu... Słońce świeciło, chmury spokojnie zmieniały kształty na błękitnym niebie...
Tę sielankę zakłócił na kapeć. Się wziął i na tylnym kole zrobił i nas skutecznie zatrzymał. Długo trzeba było czekać na pomoc drogową, którą wysłał nam w sukurs ubezpieczyciel (szczęściem bus posiadał AC w pełnym wymiarze). Gdy już się doczekaliśmy mechaników, okazało się, że zabrali nie te klucze do kół, co trzeba. Zdarza się. Szczęściem Płońsk był niedaleko i panowie zakupili odpowiedni osprzęt. Trochę obawialiśmy się, w jakim stanie będzie koło zapasowe, ale okazało się być w lepszej kondycji, niż pozostałe. Przy okazji zakupiliśmy też nową oponę, by w razie czego mieć jednak na co kolejnego "kapcia" wymienić, bo wulkanizacja pękniętej opony nie była możliwa, tak była już rozparcelowana.
Koniec końców na pola Grunwaldu dojechaliśmy o dwie godziny później, niż zakładaliśmy. Na szczęście zdążyliśmy rozstawić namioty jeszcze przy dziennym świetle. Byliśmy pierwsi w naszej Chorągwi Tczewskiej, więc mieliśmy calutki plac do dyspozycji. Wybraliśmy oczywiście "nasze" miejsce: pod drzewami, w cieniu, tuż przy terenie Chorągwi Gończej.
Pierwszą noc spędziliśmy na materacach. Nie było jeszcze przydziału słomy i drewna dla nas... Spędziliśmy ją w towarzystwie irytujących, nieokreślonych pisków dochodzących z okolicznych obozów...
Dzień 2 (niedziela)
Poranne kombinowanie ogniska, by coś ciepłego się napić trochę nas zirytowało. Zarządzający mieli być już od poprzedniej środy, a nie było nikogo. Nie wiadomo gdzie co powinno stać, znajdować się, być ułożone. Słoma i drewno dla naszej Chorągwi mają pojawić się w poniedziałek, czyli jutro. Jeszcze jeden dzień jakoś przebiedować... głównie na żebraniu i zbieraniu chrustu. Chyba żaden obóz, w żadnej innej Chorągwi nie został tak dogłębnie oczyszczony z suchych, spróchniałych gałęzi, jak nasz.
Przyjechali kolejni puszkarze. Zaczęło się robić gwarno i wesoło, choć grupka "nowych" nie liczyła zbyt wiele "dusz". Też - zaraz po rozstawieniu namiotów i urządzeniu ich (jeden puszkarz przywiózł ze sobą piękne łóżko, takie prawdziwie średniowieczne) - zajęli się zbieractwem. Nie było innego wyjścia, kiedy się chciało coś przygotować do jedzenia na ciepło.
Dokończyliśmy urządzanie się: postawiliśmy prysznic, do którego parawan szyłam jeszcze na dzień przed wyjazdem, rozpakowaliśmy pozostałe w busie rzeczy, jakie potrzebne były do wygodnego obozowania, a także wybraliśmy się (nie wszyscy) w krótką podróż po okolicznych miastach (głownie do Olsztynka i Olsztyna), by wytropić odpowiedni bankomat i przy okazji dokupić to i owo, by obozowało się jeszcze lepiej.
Dzień przebiegł spokojnie i przyjemnie. Noc również się tak zapowiadała i byłaby taka, gdyby nie nieprzyjemny incydent związany z przedawkowaniem alkoholu przez jednego z naszych nowych kompanów. Troszkę nas to zniesmaczyło, ale nie wpłynęło zbyt negatywnie na nasze stosunki towarzyskie. Się zdarza. Nawet najlepszym.
Dalsza część nocy minęła do wtóru ze skwirem puszczyków. Tak, wytropiliśmy, co wydaje te irytujące dźwięki przez całą noc. Ot, rozbiliśmy się na terenie łowieckim pary sów, wychowującej trzy pisklaki. I to one robiły tyle zamieszania.
Mimo gróźb, że zestrzelimy cholerstwa, bo spać nie dają, noc spędziliśmy w namiotach, nie na polowaniu.
Dzień 3 (poniedziałek)
Dojechały deski i słoma.
Wreszcie można było wypchać sienniki i rozpalić porządniejsze ognisko. No i skonstruować stół i ławę, żeby wygodnie zasiąść do posiłków, czy na pogaduchy.
Nikt nie nowy dojechał, choć zapowiadano Freda, naszego Obozowego. W sumie mógłby się pojawić, bo nie wiadomo było, gdzie składować drewno i snopki. Leżało to to tak porozpirzane pod ogrodzeniem i poza nim, robiąc artystyczny nieład w okolicy. A my? My zabraliśmy się do prac obozowo-rzemieślniczych, zgodnie z naturalnym podziałem ról. Nowi znajomi zajęli się ogrodzeniem, by nam nie włazili turyści do obozu, Aisha i Sarenzir jęły okupować ognisko, by coś do jedzenia sklecić, Lukas zwiedzał pola Grunwaldu, Przemo odpoczywał, Geralt szył sakiewki, a ja zabrałam się za torbę pielgrzymią.
Na przyjemnościach i pożytku zleciał dzień, jak z bata trzasnął. Puszczyki oczywiście musiały swoje wypiszczeć. Chyba lepszą dla nich nazwą byłby Piszczyk.
W zaludnionych Chorągwiach zaczęły się śpiewy w noc i imprezowanie. Oprócz szant i ludowych przyśpiewek pojawiały się i perełki mocniej osadzone w grunwaldowej rzeczywistości. Gdzieś z daleka wiatr niósł dźwięki średniowiecznych instrumentów i chóralnego śpiewu. Aż miło się zasypiało przy takiej muzyce.
Dzień 4 (wtorek)
Stan osobowy nadal się nie zmienił. Jakoś przestało nam to przeszkadzać i zaczęliśmy się do takiego stanu rzeczy przyzwyczajać. Jeszcze gdyby nas deszcz rano nie zbudził. Ciężko potem było rozpalić ognisko, żeby się rozgrzać ciepłą herbatą i samymi płomieniami.
Na szczęście szybko się rozpogodziło i do następnego dnia mogliśmy cieszyć się słońcem.
Coraz więcej kupców zjeżdżało na pola. Dobrze było spotkać znajomych, przystanąć przy kramie i pogadać.
Tylko z zakupami żywności było nietęgo. Jak za starych, dawnych czasów, kiedy Grunwald zapełniały glanowijacze, namioty popularnie zwane "iglakami", zbroje kombinowane ze wszystkiego i ubrania z zasłonek oraz tarcze zrobione ze znaków drogowych i miecze z resorów Stara, trzeba było się przejść aż do Stębarku. I - o dziwo - ceny były bliższe normalnym. To chyba zasługa kas fiskalnych...
Podział ról został nieco zaburzony, gdyż Lukas czas pomiędzy błądzeniem i zwiedzaniem aktywnie wykorzystywał do narąbania... prześlicznych szczapek, dzięki którym ognisko rozpalało się o wiele, wiele łatwiej.
Oczywiście nie zabrakło chwilowego, przelotnego deszczu. Tym razem spadł sobie po południu, powodując okrutny zaduch, bo słońce nie omieszkało wyjść i próbować to wszystko szybko wysuszyć. Na czas opadów zajęliśmy się wspólną grą w Uno. Przynajmniej się nie nudziło, a i śmiechu przy tym było sporo.
Piszczyki naturalnie piszczały od 19ej do 4ej. Trzeba wyrabiać normę.
Dzień 5 (środa)
Rozpoczęło się słonecznie, ale przelotny deszcz musiał swoje nakropić. Szczęściem tylko o poranku. Potem już tylko słońce i gorąc. Szczęściem nasze namioty rozstawione pod drzewami były chronione przed palącymi promieniami.
Powoli nasz obóz zaczynał się zapełniać. Od rana zjeżdżali kolejni puszkarze, rozstawiano namioty, rozmawiano, żartowano. Robiło się coraz ciaśniej i gwarniej. Nawet słońce nie chciało za mocno znikać za chmurami, jakby ciekawe, co się u nas dzieje.
Wiele na temat życia obozowego w tym dniu napisać nie mogę, bo zgodnie z rozporządzeniem, cały dzień spędziłam na kramie, w obozie kupców i rzemieślników będąc i jednym i drugim. Razem z Geraltem pracowaliśmy w pocie czoła (dosłownie), próbując skryć się przed słońcem.
Wieczorem, a raczej późno w noc jeszcze dojeżdżali kolejni obozowicze z naszej Chorągwi. Zupełnie nie przeszkadzało to ani nam w odespaniu trudów dnia, ani Piszczykom w piszczeniu.
Dzień 6 (czwartek)
Dzień, w którym googlodynka przewidywała burzę, rozmyślając się co chwilę.
O świcie obudziło nas bębnienie w dach namiotu i grzmoty dochodzące gdzieś z oddali. Nie trzeba było długo czekać, żeby deszcz znalazł sobie dojście do nas i popadał wewnątrz namiotu. Zawsze, bestia, znajdzie sobie wejście po odciągach.
Ciężko było tego dnia rozpalić ognisko. Wszystko było mokre, wilgotne... nawet pochowane do namiotów drewno i snopki słomy. Nasiąkło wszystko, jak gąbka. Tego dnia zatęskniłam za swoimi patynkami, które od Raciborza proszą się o naprawę, kiedy tak przedzierałam się z wyrobami w stronę kramu, tonąc co i rusz w błocie. Owszem, sprzedawano owe ulepszenia na okolicznych straganach, ale na co mi nowe, kiedy stare jeszcze po naprawie jeszcze długo posłużą?
Deszcz tego dnia zdecydowanie nie miał zamiaru pozwolić wyjść słońcu, dlatego też pojawiły się plotki, jakoby Bitwa sobotnia morską będzie, a nie lądową. Co zapobiegliwi zaczynali łódki i materace szykować, jeśli pogłoski miałyby okazać się prawdą i trzeba by było abordażu dokonywać.
Mimo tego odbył się Turniej Pieszy Miecza Długiego. Niestety, wilgoć rozstroiła kable i nagłośnienie, które miało wspomagać głosy osób uczestniczących w Turnieju Bardów, mającego się odbywać w przerwach między walkami, nie chciało zadziałać. Opierało się wszelkim próbom reaktywacji i reanimacji.
Szczęściem noc okazała się być pogodną, wróżącą słoneczny dzień. Piszczykom nic nie przeszkadzało w piszczeniu. Tym razem, jakby się nieco oddaliły, robiąc innym na głowę i namioty.
Dzień 7 (piątek)
Obóz zapełniony został maksymalnie tego dnia. Tuż obok naszych namiotów stanęła Karczma, odgradzając nas skutecznie od prysznica i drogi do toia. Lawirowanie między odciągami, zwłaszcza po nocy, stało się jednym ze sportów grunwaldzkich. Oprócz tego pokrzykiwano różne przyśpiewki przez całe dnie i noce. Na zawołania (np. "Ooooooodrin! Cip cip cip!") ochoczo odpowiadały liczne obozy. Tytułowy zaśpiew pobrzmiewał raz po raz, przechodząc z Chorągwi do Chorągwi. Kradziono też sobie nawzajem chorągwie (sztandary znaczy), by potem oddawać je za okup. Ot, zwykłe, obozowe życie.
Słońce wygrało batalię z deszczem i osuszało szybko gliniaste błoto, ogrzewało zmarznięte ciała, opalało skórę. Coraz więcej kupców rozstawiało się ze straganami. Robiło się naprawdę tłoczno.
Tego dnia sam Pan Premier Donald Tusk uścisnął nam ręce. Przechodził się akurat w pobliżu kramów i zawędrował do naszego. Bardzo miło nam się rozmawiało o poprzednim i obecnym Grunwaldzie. I pewnie rozmawialibyśmy do nocy, gdyby nie Pani z Kalendarzem, która chwyciwszy Pana Premiera pod ramię, odciągnęła go od nas ze słowami, że "czas nas goni". Strasznie nerwowa ta Pani była. Okropnie się przejmowała swoją rolą, że aż trochę śmiesznie to wyglądało. Trochę szkoda, że dłużej się nie udało pogawędzić...
W szrankach tuż za budami kramowymi ścierali się pieszo. Na miecz i tarczę. Turniej Bardów też się szczęśliwie odbył. Sama - rzutem na taśmę - w nim uczestniczyłam, zostawiając kram pod opieką Geralta, Vlada i Pati. Pierwsze miejsce wyśpiewał zespół, który już wcześniej śpiewał w nocy, w obozowisku. Niestety, nazwy nie przypomnę sobie, bo do niczego mi nie była podobną. Drugie miejsce zajął Trubadur z Chorągwi Podolskiej, trzecie przypadło w udziale słynnemu Kakofoniksowi. Ja - standardowo - znalazłam się zaraz za Szymonem Śpiewakiem, jak to jest już we zwyczaju. Oboje otrzymaliśmy po bukłaczku. Ze swojego jestem zadowolona okropecznie. Bo właśnie tego mi najbardziej brakowało, a te, które posiadam wzięły się i popękały, przygniecione niefrasobliwie.
Dzień upłynął walczącym głównie pod znakiem prób przed jutrzejszą Inscenizacją. Z pola bitwy niosły się huki wystrzałów i ledwo słyszalne odgłosy podkładu słowno-muzycznego.
Wieczorem, po zakończonych pracach, rozsiedliśmy się przy stołach, suto zastawionych jadłem wszelakim: a to pierogami, mięsiwem prosto z ognia, owocami i warzywami. Pychota. Przy rozmowach i żartach, przy wtórze Piszczyków i przy świetle lamp, kaganków i księżyca w pełni wigilia bitwy minęła szybko. Nieco za szybko.
Dzień 8 (sobota)
Od rana wrzało.
Wszyscy się przygotowywali do Inscenizacji, która w tym roku miała być o godzinie 16ej, nie jak w latach poprzednich - około 14ej. O dziwo nie padało tego dnia w ogóle, choć na niebie kłębiły się chmury, przesłaniające od czasu do czasu prażące słońce.
Bitwa minęła spokojnie, jak na tę Inscenizację. Nikogo nie wynoszono z pola, nikogo nie odwieziono w karetce. Jak nigdy. "Ciekawszymi" incydentami mogły się okazać:
- wywrotka jednego z uciekających zbrojnych przed najazdem konnicy, uniknął stratowania;
- znarowienie jednego z koni, który tylko lekko dźwigał się na zadnie nogi. Jeździec utrzymał się w siodle, ale do walki już nie dał rady konia poprowadzić;
- przestrzelenie taraśnicą jednej z burt husyckiego wagonu. Drzazgi poleciały na wszystkie strony, ale oprócz niewielkiej ranki nad okiem Dowódcy wagonu nikomu nic się nie stało.
Szczęśliwi, wybawieni, wrócili wszyscy w komplecie do obozów, by rozpocząć ucztę. My dojadaliśmy resztki z wczorajszej uczty. Wciąż tak samo pyszne, jak poprzedniej nocy.
Najemna zaczęła się powoli pakować, bowiem następnego dnia o świcie planowaliśmy już wracać do domu. Trzeba też było się wcześniej położyć spać, by móc bez przeszkód i problemów prowadzić busa. Nie byliśmy w stanie nawet pójść i pooglądać Turnieju Konnego. Nadrobimy za rok. Albo przeglądają nagrania w Internecie.
A Piszczyki piszczały.
Dzień 9 (niedziela)
Dwie godziny zajęło nam upakowanie się do busa i wysprzątanie okolicy, którą przez ponad tydzień zajmowaliśmy. Potem pożegnania, podziękowania za wspólnie spędzony czas i świetną zabawę... Pożegnaliśmy pola grunwaldowe zalane porannym słońcem...
Samochód pożerał radośnie drogę. Radio - naprawione przez Geralta - sączyło muzykę przeplataną wiadomościami, wiatraki od nadmuchu szumiały monotonnie...
Zatrzymaliśmy się tylko raz. Przekąsiliśmy, pogadaliśmy, popiliśmy i ruszyliśmy dalej w drogę. Pamiętając uprzednie pomysły GPSa, nie pozwoliliśmy się mu wmanewrować w polne dróżki, choć za Częstochową usilnie próbował nas wywlec znów w las.
Ani się nie obejrzeliśmy, kiedy powitały nas znajome okolice. Byliśmy w domu. Potem tylko rozpakowanie busa, pożegnanie (na szczęście na krótko) i rozejście do własnych domów.
Podsumowanie
Tak mokrego i spokojnego Grunwaldu nigdy jeszcze nie udało mi się przeżyć.
Po raz pierwszy nie jestem zmęczona tak długim obozowaniem w warunkach spartańskich, a raczej średniowiecznych. Wręcz wróciłam wypoczęta. Mam nadzieję, że reszta naszej wesołej gromadki również podziela te odczucia i opinię.
Osobiście uznaję, że Grunwald pod względem atmosfery był niesamowity i zachęcający do następnych odwiedzin. Za rok na pewno znów staną nasze namioty, a nasze puszki zahuczą na polu bitwy.
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Międzyrzecz - jak zwykle cudowny
Było nas tylko dwoje przedstawicieli: Sarenzir i moja skromna osoba - tatsu. Szkoda, że nie mogło być nas więcej, ale losy tak się plotą, że niekiedy nie da się przeskoczyć pewnych przeciwności Losu.
Zapowiadano okropną pogodę - nawałnice, tornada, w ogóle - koniec świata, taki prawdziwy. A tu tylko nieco popadało i przestało. Nawet nasz "Grzybek" nie zdążył przepuścić wody przez niezaimpregowany dach. No i deszcz wcale to, a wcale nie przeszkodził w zmaganiach bohurtowych, mających miejsce na polu pod zamkiem. W sumie, to on w niczym nie przeszkodził. Nawet turystom.
Najemna, jak zwykle zainstalowała się na zamku. Od samego początku jest tam zaklepane dla nas miejsce (ma się te znajomości :P). Rozstawiamy się zatem z dala od chłodu i wilgoci, ciągnącej od fosy, osłonięci od wiatru możemy rozkoszować się cudnym spokojem płynącym z murów ruin zamku.
Nocami, przy wspólnym ognisku w gwieździste niebo strzelały iskry i wznosiła się pieśń. Średniowieczna głównie. Przynajmniej w naszym obozie. Z tego, co widziałam i słyszałam, u "Węgrów" raczej królowały szanty... ale to dziki naród jest :P
W tym roku, pomiędzy obozami Organizatorzy umyślili zrobić zawody w różnych dziedzinach: od turnieju pieszego na moście, przez turniej łuczniczy, po przeciąganie liny i turniej bardów. Walki na buzdygany nie zobaczyliśmy i nasza wojowniczka zwyciężyła walkowerem. Żadna z białogłów z "węgierskiego" obozu nie podniosła rękawicy.
Można było też posłuchać opowieści i legend prawionych przez Bajarkę. Dziewczyna ma wspaniały dar opowiadania - nawet rozbiegane i rozbawione dzieci usiadły, by jej posłuchać w ciszy i spokoju. No i historii nosi w głowie tyle, że aż niepodobna.
Dni płynęły szybko. Nagle już szykowano się do bitwy, za chwilę bitwa minęła w huku wystrzałów z hakownic i bombard, pod gradem strzał (dokładnie to pacynek, ale... ) i w szczęku broni. Zamek - o ile dobrze zrozumiałam z ogólnego zamieszania - został zdobyty podstępem i zdradą. Z załogi wszyscy zginęli...
Ale na szczęście ożyli na czas uczty.
A uczta - jak zawsze - pełna jadła wybornego, zabaw, śmiechów i dokazywań. Oczywiście nie zabrakło rozdania nagród za wszeklie turnieje - bojowe, łucznicze i... bardów.
Zaskoczeniem wielkim było wtedy usłyszenie własnego miana. Wszak nie miałam najlepszego występu. Byli lepsi, lepiej przygotowani, z lepszym repertuarem...
I tak oto powróciłam z nagrodą.
Za rok powrócimy większą grupą i wtedy dopiero się zacznie. To możemy obiecać.
Zdjęcia z Turnieju dostępne są w naszym albumie pod adresem: https://picasaweb.google.com/najemna.nkgk/Miedzyrzecz2326062011#
środa, 22 czerwca 2011
Racibórz, Racibórz...
Tak, tak... wszystkie znaki prowadziły nas w pułapkę. I te namalowane na deskach, rozmieszczonych w strategicznych miejscach miasta, i te w nawigacji, którą przezornie wzięliśmy ze sobą.
Co uderzyło drugie? Cisza.
No, nie licząc miarowego stukania młotków, którymi zbijano palisady dla obozów: wczesnego i późnego. W zależności od odtwarzanych wieków, oczywiście. Powoli tworzono też trebusze pomocne w późniejszej inscenizacji.
Nie zajęło nam dużo czasu, żeby się zadomowić, czyli rozstawić namiot, zrobić miejsce na ognisko i rozeznać się w sytuacji. Noc nadeszła z wolna, ale i tak nas lekko zaskoczyła. Nie bardziej od prośby, byśmy wystawili warty przez pierwszą część nocy. I tak, dwójkami, patrolowaliśmy teren obozu dla późnych, bo wcześni sami mieli sobie warty zorganizować, ale oni woleli spędzić ten czas na zabawie, piciu i wrzaskach. Aż policję wzywał któryś z mieszkańców stojących nieopodal domów.
Ranek powitał nas słonecznie i błękitnie. Przy okazji też powitał nas organizator pytaniem, czy na naszej warcie nic niepokojącego się nie działo? U nas nic... za to później w nocy zwinęli chorągiew jednej z grup. No przecież miały być podjazdy, czyż nie?
Słońce nie opuszczało nas ani na chwilę. Kto się nie posmarował kremem z filtrem, ten wie, jak mocno paliło. A niby burze miały grzmieć, a deszcze lać i wiatr miał hulać ile wlezie. A tu nic z tych rzeczy: cisza, spokój, gorąc...
W takim to piekiełku przyszło się zmagać wojownikom, rycerzom, pachołkom i damom. No co? Że te ostatnie nie powinny, bo nie przystoi? Bieg po sukno jest dobrym rozwiązaniem dla pełnych wigoru panien i pań, które mają niewiele okazji podczas turniejów, żeby się wykazać na innym polu niż przy garach.
Tak, tak... zaraz odezwą się głosy, że przecież tak być powinno, bo w końcu to średniowiecze odtwarzamy, więc nie powinno się protestować, bo baba przy garach, to normalna rzecz. No ale... my tylko odtwarzamy...
Poruszenie wśród uczestników i widowni wywołał jeden z wojów wczesnych, cały zakutany w dzicze skóry: z nich miał zrobiony hełm, napierśnik, rękawice, nawet tarczę miał obitą dziczą skórą. Ot, ewenement... muszę przyznać, iż uwagę przykuwał. I to niemałą. Jak się we walkach sprawował, tego nie powiem, bo i na walkach się nie znam, a i szczególnie przebiegu turnieju nie śledziłam.
Turniej łuczniczy przyciągnął Geralta, który swych sił spróbować postanowił. Twierdzi, iż bawił się świetnie, przy torze było okrutnie wesoło, czego nawet dwa "pomrukniki" nie zmąciły. Zajął piąte miejsce, bowiem jeno dwa punkty zabrakły, by móc wejść do finałów.
Gdy po formalnym powitaniu ruszono na bramy, broniące dostępu do wioski wczesnych, ludzie jakby się nieco rozruszali. Aż ciężko było im skończyć ten pozorowany najazd. A musieli. Bo - jakby na to nie patrząc - umocnienia miały pozostać nietknięte aż do walnej bitwy wieczorem.
Tuż przed bitwą miała się odbyć musztra... coś jednak stanęło większości wojów i rycerzy na przeszkodzie (najpewniej był to czas poświęcony na ubieranie się w całe żelastwo, jakie ze sobą na tę okoliczność przytargali) i manewrów nikt nie widział. Za to bitwa była że ho ho!
Łucznicy zasypywali obrońców pacynami, trebusze nie próżnowały, wystrzeliwując raz po raz w stronę murów pociski, a zbrojni zrobili dobry pożytek ze swej broni i przełamali obronę bez użycia tarana. Na cóż taki kloc drewna, kiedy ramiona silniejsze? A i zabawa lepsza?
Z dość nietypowych sytuacji, które miały miejsce podczas bitwy można wymienić:
- atak jednego z trebuszy odniósł dobry skutek i jeden z obrońców stojących na wieży zalała... woda, bowiem pociskami w tej machinie były balony wypełnione rzeczonym płynem;
- wielkie niczym moje dłonie płaty sadzy ze spalonej "wioski" pokonały cały plac, jaki był przeznaczony na obóz i osiadły wśród namiotów przy drodze. Niczego nie podpaliły. Na szczęście.
Oczywiście mimo przedarcia się do wioski, wojownicy ani myśleli skończyć bitwę. Tak się rozochocili, iż zniknąwszy całkowicie z oczu zawiedzionej widowni, resztę pojedynków i walk grupowych rozegrano na terenie obozu wczesnych, za bramami.
Na pocieszenie, a raczej dla wyrzucenia z siebie całej energii, na placu, gdzie za dnia toczyły się pojedynki, zaimprowizowano melee. Ku uciesze gawiedzi - oczywiście.
Gdy już wszystkim opadł poziom adrenaliny, opadły też zbroje, zastępując je bardziej wytwornymi elementami odzieży, gdy miecze "przekuto" na widelce i noże, rozpoczęła się uczta. Jakież tam podano frykasy! A to golonkę cudnie przyprawioną, a to pierogi z kapustą bądź ziemniakami rozpływające się w ustach, a to kurczęcia o niebiańskich walorach smakowych. Nie zabrakło też przedniego piwa, które wesoło pieniło się w kuflach.
Uczta ciągnęła się długo w noc. Można pokusić się o stwierdzenie, że dociągnęła do świtu. O dziwo mniej było głośnych "śpiewów", niż poprzedniej nocy.
Rano obóz był jak wymarły. Tu i tam zdarzyło się zobaczyć jegomościa snującego się z wolna w stronę latryny. Ogniska wygasły. Słychać było tylko śpiew ptaków i pochrapywanie śpiących. Zatem to idealny moment na popis umiejętności puszkarskich, czyż nie?
Geralt i Przemo pochwycili raźno swoje puszki oraz torby prochowe i cichcem-chyłkiem udali się w pobliże stanowisk "wroga". Nie zachowywali się już cicho, gdy przyszło do nabijania luf, jednak to nie wzbudziło ani niepokoju, ani zainteesowania w obozie wczesnych. Dopiero odpalenie lontu spowodowało pewne niemrawe poruszenie wśród dwu zaspanych wartowników. Nawet nie zdążyli ust otworzyć, czy choć palcem wskazać zagrożenia, gdy poranne powietrze przeszyły dwa wystrzały. Jeszcze te nie ucichły, niosąc się echem po polach i wśród drzew, kiedy zgodnym, pięknym chórem rozbrzmiał cały wczesny obóz, "nucąc" pełne przesłania, emocji i wątpliwej radości słowo (proszę o wybaczenie dosłownego zacytowania): "Kuuuuurwaaaaaaa...."
Tak oto doprowadziliśmy do porannego zjednoczenia wojów.
Dzień drugi minął bardzo spokojnie na finałach turniejów wszelakich. Przy okazji można było pooglądać sobie psy ras wszelakich, któych właściciele szukając zapewne miejsca odosobnienia dla swoich pupilów trafili na łąkę, ale nieco zabudowaną. Skąd tyle psów? A z wystawy psów rasowych, która odbywała się nieopodal.
Gdy rozdano nagrody, obóz średniowieczny zaczął zanikać, zamierać, wyparowywać...
Taka już kolej rzeczy, iż wszystko, co dobre, za szybko się kończy...
Fotografie już w krótce w galerii...